e codziennie myślą, słowem i… obrazem

17 Styczeń 2010

Zima w mieście – Beskidy

Zaszufladkowany do: Artykuły, Galeria — ewolny @ 18:29
Tags: , , , , ,

Ponieważ mieszkam raczej wysoko i do celu marszruty podeszłam w miarę szybko, więc meritum  naszego wpisu byłoby na samym już wstępie.  Dlatego przewrotnie spacerek nasz, zaczniemy od kadrów zrobionych podczas powrotu. Zapiąć pasy, jedziemy:

Wirtualnie przenosimy się znacznie niżej, by znaleźć się nad potokiem straceńskim, zwanym potocznie korytkiem. Pójdziemy dziś pod tą górę, wynurzającą się zza okaleczonego konaru:


Ostatni rzut oka na masyw Klimczoka, z widoczną Saharą Szyndzielni, zostawiamy go za plecami i idziemy. Spotykamy tu panów na biegowych nartach, którzy krzyczą, że też chcą zdjęcia, i żeby je wstawić na Naszej Klasie, ale ponieważ nie mam tam konta… Panowie odchodzą z nosem na kwintę, i ja chyba też, bo nie miałam śmiałości zaprosić ich na… Ecodzien:


Ponieważ tak jak mówiłam, tworzymy a’la interaktywny szlak, zatem przenosimy się ruchem konika szachowego, powyżej miejsca gdzie mieszkam, na sam początek spacerku. I tu płynnie przechodzimy z nowoczesnego budownictwa, pod (z cudem zachowane) elementy minionego:


I teraz to już naprawdę żabi skok, wspinając się ulicą ks. Brzózki, podchodzimy do ściany lasu:


Odwracamy się i…

Głęboki wdech: Bielsko-Biała, Beskidy, moje osiedle jak na dłoni, najstarsi górale mówią, że i Jezioro Goczałkowickie, które teraz  puchową pierzynką pokrywa śląski smog:


I jak tu nie kochać gór? Przecież w sposób naturalny, dzięki takim oto widokom oglądanego świata, czujesz jak rosną ci skrzydła i możesz wszystko – ew
fot. ewolny Bielsko-Biała

16 Styczeń 2010

035 Mój wrócił do dom na czas i z kiełbasą, czyli zapomniana sztuka właściwej konwersacji

Zaszufladkowany do: Pszonki — ewolny @ 8:35
Tags: , , , , ,

Na dzisiejszej lekcji zajmiemy się z pozoru prostym zdaniem, ale jakże bogatym w treść:

Mój wrócił do dom na czas i z kiełbasą.

Drżyjcie te z was drogie kobiety, co nie mają na własność onego, wstyd powinien was spalić do skóry właściwej, bo tu nie dość, że on jest, że jest jej, to jeszcze  był  wziął i wrócił. A ileż z was może się pochwalić, że miało to szczęście posiadać onego, ale nie były już na tyle kobiece i dobre w pożyciu, by ony wyszedł i był szczęśliwie, w ramionach innej,   nie zaginął? Ba, drogie panie, nie dość, że jest, że można go wypuścić, bo wraca, to jeszcze robi to… na czas! A przecież  jak wiemy, jest zmorą w męskim wydaniu, wrócić o właściwej, umówionej  doń porze. Zatem taki męski osobnik to skarb nad skarby co był, jest i  nagminnie  na czas powraca.
Pytanie tylko czas czego? Tu odpowiedzi mogłoby być sporo, od dzielenia wątrobianką, po czas na wspólny sen. Ale nas to akurat nie interesuje, bowiem w omawianym zdaniu jest jeszcze nie byle jaki deser, nie wątrobianka, a  kiełbasa! Noo, drogie panie, ta informacja zbija z nóg: nie dość, że jest, że wraca, i to na czas, to nie z pustymi rękami, ale z kiełbasą! Zapewne podsuszaną jałowcową, bo o zwykłą zwyczajną, prekursorki w kunsztownym przemycaniu treści w pozornie nic nie znaczącym krótkim zdaniu, nie posądzamy.

Sztuka konwersacji konwersacją stoi. Nie może być tak, że konwers cichnie – sztuki tu zanik albowiem. Wypowiedź, od której zaczęliśmy dziś one studia “a mój przyszedł do dom na czas i z kiełbasą”. Ileż tu przebogatej w swej wymowie treści, ileż informacji, ileż sygnałów w tym jednym, jedynym zdaniu, zatem konieczny rozbiór zdania treściwszy:

a – “a” zamyka licytację, bo…
mój – bo ja go mam, a ty? Masz? Nie masz? No, kochana, nie wiem jak ci to powiedzieć, nikt cię nie chciał? Współczuję…
przyszedł – bo mój jest ekologiczny, dba o siebie, ma sylwetkę, nie jeździ, a chodzi, jest trendy, to sportsmen
do dom – bo my dom mamy, nie jakiś tam blok, cela w spółdzielni z pryczami, a dom z ogrodem, najlepiej na wsi, z malwami,  ławeczką,  wielką łazienką i jeszcze większym małżeńskim łożem
na czas – bo mój jest  punktualny, nie dlatego, że tak ma, ale szanuje moje uczucia, dba o mnie, troszczy się i spieszy do mnie wręcz na palcach i w skowronkach
i – bo u nas zawsze  jest coś jeszcze, bo gdybyś miała inny charakter, albo chociaż ciut urody, że o rozumie nie wspomnę też byś  to “i” miała
z kiełbasą – bo mój ma gest, to nie kutwa jak inni  co se myślą tylko o sobie,  mój wie, że lubię kiełbasę i tej mi nie żałuje, kocha mnie, więc co rusz obdarza mnie nowymi podarunkami w postaci ślicznych pętek pachnących korali – ewolny

9 Styczeń 2010

Impresje wiślańskie

Zaszufladkowany do: Galeria, Myślaki — ewolny @ 15:42
Tags: , , , ,

A zdarzyło się i nam, w tak bardzo lubianej przez wszystkich Wiśle, usiąść raz w bardzo złym miejscu. Dobrym o tyle, że co się człowiek uśmiał to jego. Karczma na wprost wyciągu na Malince z wywieszką “Już otwarte”, a znaczenie tych słów, poznało się po wyjściu.

Z sześć większych stołów, kominek, bar. Goście po, lub w trakcie nart, zziębnięci, głodni, żądni dalej na stok lub w dom. I gość za barem odbierający jedno zamówienie, bo ja wiem? bite 15 minut. Siedzieliśmy tak potem przy stole, kolejnych 45 minut, po czym gość nam towarzyszący powiedział, że dłużej czekać już nie może, bo musi iść na stok po syna. Zasugerowałam mu, by chociaż odebrał forsę za obiad. Odrzekł, że czasu i na to nie ma, że celowo wybrał fasolkę by była podana w mig, bo tą jak wiemy, nalewa się tylko chochlą – pośmiał się z nami i wyszedł.

Namówiliśmy się, że zeżremy ten jego, już zapłacony przecież, posiłek. Wtedy ktoś nagle zza stołu za nami zawołał:
- Co z moją roladką?!
Gdy reakcją barmana była typowa twarz pokerzysty, nie wytrzymał:
- Niech mnie pan nie rozwala, że zamówienie nie jest realizowane, z czym macie problem?
Na co barman spokojnie:
- Ja nie mam z niczym problemu, to z wami jest problem.

Na sali pierwsza ogólna salwa śmiechu. Weszła kobieta i wniosła dwa talerze ze słowami “nastąpiła pomyłka, do podwójnej porcji frytek miał być kurczak, zamieńcie się ino mięsem”. Śmiech. W tle słychać ubijanie kotletów, to pewnie nasze. Synek wychodzi z WC i pyta cicho “jak tam Twoja roladka…”. Śmiech. Chłop z kobietą kurzą na polu – im jeszcze nie udało się złożyć zamówienia. Wychodzi baba z zaplecza i krzyczy “ktoś zamawiał fasolkę? nie ma już”. Salwa śmiechu, gościa dawno nie ma, zapłacone, zamówienie nie odebrane, a nam przeszła darmocha tuż koło nosa. Dziecko płacze, gościu się wścieka “ile można stać za chipsami?” W końcu znów idą dwa talerze… Każdy z nadzieją wyciąga do góry szyje, ale te suną do tyłu sali. Lecz nagle tamci mówią, że nie ich, więc może nasze?! Zgłaszam się mimo wszystko, ale… miały być ziemniaki a mój talerz bez dodatków. Zabierają więc i przynoszą – sam kotlet z zasmażaną kapustą,  a po zrzuceniu frytek talerz nimi upaćkany. Za to chcą podać drugą butelkę niezamawianego soku. Niestety mus znów iść na zaplecze, by zrzucić kapustę a nałożyć ziemniaki, upaćkawszy tym samym talerz doresztnie.

Generalnie nie można było się tam nie nudzić. Nie można było się też z ludźmi dogadać, potrawy robili pod zamówienie skoro gość na uwagę ile można czekać wrzasnął “kluski się muszą gotować 25 minut, chce pan jeść twarde?!” No, ale trzeba dodać kolejny czasokres na ulepienie tych kluch, ubicie kotletów w czasie, gdy wyciąg nie tramwaj, a dzień czekać nie będzie.

Wychodzimy najedzeni i ja mówię złośliwie do stołu od roladek “smacznego państwu”. :) Salwa śmiechu a gość zza baru do kobiety od papierosa “no, może pani składać zamówienie” na co ona “dziękuję, już nie”.
Poza super lokalizacją to byli ludzie siłą wbici w handel, w gastronomię, bo właśnie ta lokalizacja ich do tego skłoniła, bladego pojęcia nie mając o wyrobionych ruchach, biegach i podejściu do klienta, który przecież tu przyjechał, by zostawić u nich forsę, zaczęli interes. Tak wiem, narzekam. Trza było do Gołębia na gołębia… brrr  -  ew
fot. ewolny Wisła Malinka

2 Styczeń 2010

Vademecum człowieka z RP

Zaszufladkowany do: Artykuły, Myślaki — ewolny @ 17:52
Tags: ,

Człowiekowi w RP funduje się orędzia noworoczne oraz wymianę rozporządzeń i decyzji, tablic rejestracyjnych, rządu, książeczek ubezpieczeniowych, formularzy lub DO. I on się nie dziwi. Nie dziwi się, że wymiana rządu polega na przetasowaniu tych samych ludzi, w tych samych ugrupowaniach tylko nazwanych inaczej. Człowiek w RP nie zdziwion, że musi wziąć dwa razy urlop – raz by odstać  kilka godzin składając wniosek na  rodzinny zasiłek, drugi, by koniecznie założyć bankowe konto, po czym z fasonem już może iść odebrać… odmowę.

Do kolejek albowiem człowiek w RP przyzwyczajon jest jak żadna inna nacja. Kilka razy zdarzyło mu się już zmienić, swe tyskie pajero ze sraczkowatego na biały i za każdym razem w komunikacyjnym  swe odstał. Jak o urzędach, to odrębną sprawą są  te skarbowe. I tu kolejki jak wszędzie za wszystkim, ale korespondencja jak z żadnym onym. Cudownie iść potem na peryferie miasta, by skorygować roczne zeznanie, za machnięcie się w górnej półce o kilka groszy.

Człowiekowi w RP bliżej do Kosmosu niż innym, bowiem jak grom z jasnego nieba, spada na niego kosmiczny rachunek za, oszczędzane do bólu, CO. Kosmiczny tak, jak gdyby już był przeniesion na głęboką, norweską północ i dogrzewał mieszkanie na żar. Przepiękne kwoty wyższe niż jego pobory miesięczne, niż marzenia o słonecznej Krecie, ba – o czymkolwiek. Człowiek radzi sobie, płynnie zamienia Kretę na kreta do udrożniania rur i zapomina, że miał jakieś górnolotniejsze marzenia. Cudownie jest też doświadczyć próby zdjęcia licznika za gaz, zważywszy, że jest prawie stówa… nadpłaty. Co do onej, to pamięta o stówie, którą był S. pożyczył K. na tacę tym uświęconym oligarchom, co to jeżdżą prawdziwym pajero i nomen omen wcale tak jak ten zakonnik nie muszą sami swego nasienia na zimię… tfu.  Wirtualna stówa przemieszcza się  pewnie do dziś w markowych kieszeniach, w ten sam wirtual, jakim jest stówa dla matki, której nie stać  na  dwuzłotowy bilet. Ma stówę wytrzepać z niebytu, bo kanar był wstał, ziewnął i złapał oną jeszcze w czasie trwania nocnej ciszy.  I wytrzepie, w przeciwieństwie do przyznających jej dziecku rodzinne.

A już koniec wspomnianej nocnej ciszy, to nie pierwsze wersy kolędy świętej, to w RP w ogóle najmniej bezpieczna godzina. To o tej porze z angielska wybudzają “Go! Go! Go! To my ABeWu i CeBeA!”, a skutkiem takich pobudek są nie tylko parafrazy helskich haseł “Wzięłam – by było lepiej”, ale i lęk przed umówieniem się na randkę z kimkolwiek, by nie okazał się superagentnym Tom.

No to gdzie człowiek ma się udać, skoro termin do ginekologa ma ustalony, dopiero za dwa miesiące? Skoro ludzie chorzy na serce czekają na kardiologa nawet pół roku? Gdy nadal nie wie czy wybrać kraj liberalny, czy solidarny… znaczy się Irlandię lub Szkocję, zważywszy, że zimy tam jakby dłuższe, mocniejsze a on, ma już przecież doświadczenie z ogrzaniem swego małego M3. Co człowiek ma zrobić by podjąć decyzję? Nic. Nie dziwi bowiem już nic człowieka żyjącego w RP, bo wrósł w to i nie dostrzega wirtualnej śmieszności zjawiska, pogoni za wszechrzeczą dolarowej materii. To osobniki przebywające na zewnątrz dziwią się niepomiernie, są skonfundowane i podsyłają nam obserwatorów. Niby notkę cofnąwszy, ale i zdążywszy pokazać całemu światu, że demokracja to tu być może i jest, ale pisana nie polskim,  a cyrylicą?

Nie dziwi, że Kopernik był bardziej otwarty na świat i na zmiany od naszych włodarzy, że tak zdemoralizowanego rządu to Polska nie pamięta, że głowy państwa są największym nieszczęściem szkalującym dobre imię kraju, że dyplomatołki, że oligarchy, że lżyustroje, że niekumate wykształciuchy, że sprzedawczyki, że żenadą jest w ogóle o tym pisać. Bezrobotny w BMW a na pasku telewizyjnych życzeń zamiast “Wesołych Świąt życzy Paweł z rodziną” gryps  “Zdrowych i Wesołych Świąt, tatusiowi w więzieniu, życzy Ola i Piotruś. Wszystko OK, ciocia w sanatorium, babcia wyszła ze szpitala a wujek Zenek ma złamaną nogę”.

Już lepiej nadal grać głupa wpasowanego doskonale w tą polską rzeczywistość, już lepiej  beztrosko żyć w odurzeniu oparami absurdu: O kule o kule na mole kule po szpilu po szpilu nie wiadomo w ilu obalili halba halba obalili i kulali oba mama omotali kulali jabole kulali je… o yeah! - ewolny

20 Grudzień 2009

Heaven On Earth, czyli Bielsko świątecznie

Zaszufladkowany do: Galeria, Myślaki — ewolny @ 9:12
Tags: , , ,


Każdy pretekst jest dobry, by wyjść gdzieś z domu, szczególnie, gdy aura nie teges. Czy przez to, że starzejemy się, wybieramy wygodne jestestwo? A może starzejemy się, bo jesteśmy coraz bardziej wygodni i właśnie leniwi?

Tęgi mróz, sobotni wieczór, na Starówce świąteczny jarmark, a w pamięci kilometry kolegi, które przemierzył, by obejrzeć taki sam w Dreźnie. I jego słowa “jaka szkoda, że mam słaby aparat, bo brak  tu nocnych zdjęć, a to przecież tak, jak oglądanie gwiazd przed… nocą”.

Ale czy zawsze i wszędzie musimy być ułożeni jak pies, perfekcyjni i idealni? A gdzie spontan i wprost dziecięca radość cieszenia się “beleczym”? Czy mam nie pokazać Wam bielskiej choinki tylko dlatego, że z Sony Ericsson? Poza tym, to wyśmienita okazja obejrzeć stare mury w blasku… elektrycznych świec,  więc jak zatem z niej nie skorzystać?

Idą święta, zlotoslane święta:

fot. ewolny B-B
Zobacz również:
- Okolice bielskiej Starówki nocą – film ew

13 Grudzień 2009

Nad Elbą

Zaszufladkowany do: Artykuły, Galeria, The best — ewolny @ 20:31
Tags: , ,

Czas przeszły i przyszły. A może przyszły, już tylko jako przeszły, miniony?


Rozmawiamy o sąsiadach zza Odry, a Niemcy to także przyroda – Elba i jej piękne, szerokie ujście. Proszę sobie wyobrazić np. Juratę. Jasny, czysty piaseczek, drobne, kształtne muszelki, czystą, spokojną wodę i fale delikatnie liżące plażę, lekką bryzę od…morza? Bo gdyby nie horyzont, pomyślałbyś, że jesteś nad morzem – ale to tylko Elba. Czy nad tą rzeką jest również jod na podobieństwo naszego… Buga? Nie wiem, ale widzę, że wodą suną różne jednostki pływające pod żaglami włącznie. A wokół są wydmy, na nich urocze krzaczki, wysoka, zlotoslana trawa, w górze popiskują mewy i nagle wzrok zatrzymuje się na żelaznym parkanie. W jednym miejscu wiatr usypał wydmę tak, że można się wspiąć i zerknąć.


Ale nie tylko stąd. Z wału podobnego do naszego, żywieckiego, roztacza się widok na dominujące tu sady. Jabłka wprost od bauera, ta okolica z nich słynie, ale… nad drzewkami znów widać kopułę. Sielanka pryska jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – to nieczynna już atomowa elektrownia. Dlaczego?


Ano dlatego, że w 2000 roku Niemcy uchwalili ustawę o stopniowym (do 2020 r.) zamknięciu wszystkich (19) swoich elektrowni atomowych. Na pierwszy strzał poszła właśnie ta w Bassenfleth, elektrownia Stade. Zbudowana przez Siemens ma być rozebrana na kawałki do 2015 roku, a na jej miejscu ma powstać elektrownia… WĘGLOWA! Zanim zdążymy się ucieszyć, że być może węgiel Niemcy będą kupować z Polski ;) Angela Merkel ma renegocjować to prawo i przywrócić możliwość wykorzystania atomu do tworzenia energii. A to słuszna decyzja, bowiem w czasach, gdy brakuje energii i świat goni za nowymi jej źródłami, kiedy inne kraje budują nowe elektrownie atomowe (Rosja ma już ich 31, USA 104, ba, nawet Polska ma ochotę na 2, jedną oczywiście w Żarnowcu) dziwi ta szlachetność Niemców w świadomym z nich rezygnowaniu.
Przez zamknięcie tylko tej jednej poupadało wiele zakładów w Stade, bo nie było ich stać na wykup drogiej energii z innych źródeł.

Nie trzeba mędrca, żeby zrozumiał,  z których źródeł jest ona tańsza – ew
fot. ewolny Bassenfleth, Niemcy
Zobacz również:
- Steingarten Lamstedt i elektrownia atomowa w Bassenfleth nad Elbą – Niemcy 2008 – film ew

Stade! I wszystko na ten temat

Zaszufladkowany do: Artykuły, Galeria, The best — ewolny @ 20:28
Tags: , ,

Z czym kojarzą mi się Niemcy i za co je kocham? Na pewno za stałą łączność ze światem zza żelaznej kurtyny. Paczki z kawą, odlotowymi bombonierkami, ale i pierwsze lalki Barbie, markowe resorki, firmowe perfumy, kolorowe tornistry, flamastry, piórniki, tapeta z Alfem robiącym koktajl z kota i ciuchy. Zapach wielkiego, wolnego, normalnego świata. Egzotyka.

I “nagle”, po 20 latach i 23 godzinach jazdy, ląduję w Dolnej Saksonii mówiąc – willkommen kamraty. Już wiem, że Niemcy-państwo, są uporządkowane, czyste, zadbane, schludne. Po 3 godzinach reanimacyjnego basenu, niwelującego trudy podróży,  wiem również, że Niemcy-obywatele, są pozbawieni wszelakich kompleksów, o zgrozo.
Idziemy z Elon do centrum, mijamy zwykłą rzeczkę Swinge, na której nie tylko masa kaczek, fotogeniczne łódki, ale i kajakowy szlak.

I nagle wstępujemy na Stary Rynek, gdzie po tylu latach obcowania z nazwą, dowiaduję się, że to miasto powstało w 994 roku! Respekt? Za co kocham Niemcy? Za tą lepszą historię, za Anno Domini 1660 nad drzwiami zwykłego domu, za kolor, za fakturę i detal, za urok, niepowtarzalny klimat i czar. Takie jest  właśnie miasto Stade,  miasto, któremu wikipedia poświęciła tylko jedno, jedyne zdanie. Ile w Niemczech jest takich miast?
Z przyczyn technicznych, na Ecodniu możemy obejrzeć tylko kilka zdjęć,  dlatego gorąco zapraszam na film, a najlepiej do… Stade – naprawdę warto – ew

Uliczkami:


Stare miasto, klimatyczne, nietuzinkowe piękne. Tam m.in. wspomnieniowy pomnik rybaczki, handlującej w tym mini porcie rybą:


Tylko garść charakterystycznych fasad domów, takich zdjęć, a każde inne, mogłabym wstawić bez liku:


Na domach z 1660 roku, słoneczne zegary i… kalendarze?


Na koniec już, tu do gołębi nie strzelają, zasiek nie stawiają, a wręcz przeciwnie – wygodne ławeczki:

fot. ewolny Stade, Niemcy
Zobacz również:
- Stade Germany 2008 – film ew

7 Grudzień 2009

Hamburg! I wszystko jasne

Zaszufladkowany do: Galeria, The best — ewolny @ 10:37
Tags: , , , , , ,

Jak pokazać piękno miasta, to co się zachowało w sercu, tylko kilkoma zdjęciami? Jakich użyć słów, by oddać niezapomniane wrażenia z jednodniowego pobytu? Dworzec i “tu czuję świata pędzący rytm. To nic, że pociąg nie jedzie z New Yorku, że sam nie jestem na dworcu w Chicago. Ten sam w New Yorku tragarz znosi worki, ten sam w Maladze, spija się malagą…”:


A Hamburg to przepiękne portowe miasto, stąd nie tylko zabytki, urokliwe zakątki, ale i duże żagle, ogromna marina, masa łabędzi pod ratuszem, wielojęzyczny gwar, oraz… najsłynniejsza czerwona dzielnica – St. Pauli:


W zasadzie czy ja wiem? Dzielnica spora, ale niczym w dzień (sic!), specjalnie się nie wyróżniająca. Lokale z podtekstem:

Jakieś nocne kluby z go-go i pewnie nie tylko, powtarzające się witryny sex shopów, jeden z nich piętrowy (w dół), wyposażony nawet w czarne gumiaki a’la Pszonka, oraz krótka ulica zamknięta żelazną bramą, za którą? Wystawowe okna z pustymi fotelami czekającymi na… “towar”.  Może dlatego, że pod latarnią najciemniej, czerwona brama  prawie tuż pod bokiem komisariatu policji. Tak ja wiem, podobno kobietom tam wchodzić nie wolno, mimo to weszłam:

Marna to kultura, która nie ma swych śladów w postaci nekropolii, ale Hamburg ją ma – tam przecież największy na świecie cmentarz – 400 hektarów robiący naprawdę wrażenie. Nie mniejsze daje panorama ze 109 metrowej wieży kościoła St. Michaelis – zapierające dech w piersiach widoki:


Wspięcie się tam po schodach, za jedyne 3 euro, to nie tylko możliwość pokonania swego lęku wysokości i nie tylko 360 stopniowe zlustrowanie miasta. Po drodze poznaje się, nomen omen, burzliwą historię kościoła i majestat, przed którym zwyczajnie klękasz:


A w cieniu hamburskiego ratusza, w ścisłym centrum, nie tylko przecudnej urody wspomniane łabędzie, ale i saksofonista grający niemniej cudnie jeszcze cudniejsze standardy. Do tego ciepłe, sierpniowe słońce, kawałek schodka dla zmęczonych nóg, głowa pełna wrażeń, karta nabita zdjęciami i chłodne piwo…
Żyć nie umierać – tęsknię -ew

fot. ewolny Hamburg
Zobacz również:
- Hamburg Germany 2008 – film ew

25 Listopad 2009

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdańsk cz. 2 Peryferie

Zaszufladkowany do: Galeria, The best — ewolny @ 17:22
Tags: , , , , ,

Z okna pociągu, gdzieś w Polsce:

Najbliższe okolice noclegu:

Najbliższe miejsce na spacer:

Na wydmach obok noclegu, największe połacie dzikich róż jakie kiedykolwiek widziałam. Same się układały w wymyślne klomby i odurzały oszałamiającym, intensywnym zapachem:


Na koniec “najbliższa” plaża – 700 km:


fot. ewolny Gdańsk
Zobacz wszystko:
- Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz ew
Zobacz również:
- 700 km i trzy dni Gdańsk - film ewolny

21 Listopad 2009

Skrzyczne, bo kobiety lubią brąz

Zaszufladkowany do: Galeria, The best — ewolny @ 22:49
Tags: , , , ,

Rozważmy, jeżeli jako rekonwalescentka możesz już pracować, pośród prychających, kaszlących, siąkających, a po pracy zajmować się cudzym dzieckiem. W dodatku masz siły brać czynny udział w bolączkach życia swojego, to tym bardziej możesz spędzić dzień na świeżym powietrzu. Nawet jeżeli jest to już 21 listopad, za to z bajecznym, zlotoslanym słońcem.

W drodze na przystanek, na mijanej rzece Białej, dostrzegasz pierwsze odcienie brązu:

Oraz na pamiątkowej tablicy Domu Polskiego:

Szczyrk wita Cię malowniczą Żylicą:

Nisko latającymi… Komarkami:

Ale i przeogromnym zdziwieniem. Jest sobota, piękna sobota  a wyciąg na Skrzyczne nieczynny. Brak chętnych? Nic to, i tak miałyście iść szlakiem, ale po drodze zastanawiasz się, jak to jest możliwe, że w tak piękny, wolny dzień, nie ma kompletnie turystów. No, czasami tylko, schodami w  górę:

Schodami w dół:

Wspinacie się, gdy nieoczekiwanie Twój telefon robi psikusa, samoczynnie tworząc zlotoslane prześwietlenie:

A na górze? Nagroda. Takie oto widoki:

Ale i taki również śnieg, na którym natychmiast robisz “orła cień”:


Wracacie, inni też:

Po drodze nadal karmiąc swe kubki smakowe:

Kradnąc cudzy ogień:

Mijając dobrze wyposażoną wypożyczalnię nart “PłotekSki”:

I serwer w garażu u wuja Henia:

To był piękny dzień, nogi bolą i znowu kaszlesz, ale mimo to czujesz się o dziwo… zdrowsza – ew

fot. ewolny Beskidy
Zobacz również:
- Skrzyczne 21 listopad 2009 film ew

Następna strona »

Blog na WordPress.com.